niedziela, 2 lutego 2014

Rozdział 2



 Przepraszam, że tak długo mnie nie było. Przełom stycznia i lutego to dla studenta bardzo ciężki czas. 
Dziś mam dla was kolejny, bardzo długi jak na mnie odcinek. Znów jestem zadowolona, co dawno nie zdarzyło. 
Mam nadzieję, że przemyślenia psychicznej Sarah przypadną wam do gustu. 


Długo nie mogłam zasnąć. Ciągle miałam przed oczyma obraz tego chłopaka. Jego ból... Zastanawiałam się, kto mógł go tak skrzywdzić. Nie pomyślałam nigdy, że ktoś może tak bardzo czuć. Miałam ciarki na całym ciele, gdy tylko przypomniałam sobie jego oczy. Takie piękne i pełne bólu.
Ściany mojego pokoju nadal były miękkie i wkurzało mnie to totalnie. Nie miałam normalnego łóżka, wiec musiałam spać na podłodze.  Było to bardzo nie wygodne, poza tym byłam przyzwyczajona do tego, że spalam na czymś bardziej twardym.  Miałam w ogóle dość tego pokoju. Wiedziałam już, że niektórzy maja normalne pokoje, czasem pojedyncze a czasem kilku osobowe. Nie były jakieś szałowe, ale bardziej przypominały normalny szpital niż psychiatryk. Tak bardzo chciałam się już znaleźć w jednym z nich. Mogłam nawet mieszkać w pokoju z Gabi. W sumie spędziłyśmy dziś całkiem miły dzień. Co prawda, co chwile zmieniał sie jej nastrój, raz była właśnie taka, jaką ja zapamiętałam: radosna jak małe dziecko i uśmiechniętą od ucha do ucha, by za pół minuty wpaść w letarg, płakać. Nie wiedziała wtedy gdzie się znajduje i patrzyła na mnie przerażonymi oczyma, jakby pierwszy raz mnie widziała, albo jakbym zrobiła jej coś złego. Dopiero później dowiedziałam się, że Gabi cierpi na rozdwojenie jaźni, z czego druga Gabi, nazywana przez nią, o ironio, Martha, była złem wcielonym. Na początku mojego pobytu nie byłam wstanie wyobrazić jej sobie, jako niebezpiecznej, ale bardzo szybko miałam się przekonać jak bardzo powinnam się jej bać. Ale nie będę wyprzedać faktów.
Do "normalnego " pokoju przenieśli mnie mniej więcej tydzień po tym jak pierwszy raz pozwolono mi wejść na świetlice. W pomieszczeniu znajdowały się dwa łóżka, ale poza mną nikt w nim nie mieszkał. Postanowiłam połączyć oba i spać wygodnie, po tylu dniach męczarni. Nigdy nie myślałam, że twarde, szpitalne łóżko, i niezbyt ładnie pachnąca poduszka, może być takie wygodne i przyjemne. Nie wiem ile czasu tak leżałam, aż zjawił się doktor Wolf. Mój dobry humor prysnął jak bańka mydlana. Niby ten człowiek nic mi nie zrobił, ale ja już go nie lubiłam. Obwiniałam go za to, że się tu znalazłam. Oczywiście najbardziej przyczyniła się do tego Martha, ale czułam, że to on zaproponował jej to, by mnie tu umieścić.
Uśmiechnął się do mnie, starając się być uprzejmym. Ja nie siliłam się na uprzejmości, miałam ochotę zetrzeć z jego twarzy ten uśmieszek.
- Witaj Saro.
-Czego pan chce? - Chciałam teraz zostać sama. Od dawna byłam sama, a już na pewno nie potrzebowałam fałszywych ludzi. Specjalistów, dla których nic nie znaczyłam chyba, że jako przypadek statystyczny. Podejrzewam jednak, że ta zapyziała placówka nie robi żadnych zestawień.  Dopiero teraz zauważyłam, że nawet nie wiem gdzie dokładnie jestem. Mogli mnie wywieźć na drugi koniec Niemiec, w głuchą puszcze, a jednocześnie nadal mogłam być w Hamburgu. 
- Przyszedłem by zobaczyć, jak się czujesz.  Jak podoba ci się nowy pokój?- Podszedł bliżej i usiadł na moim łóżku - widzę, że urządziłaś go po swojemu. - Puścił do mnie oczko. Wiem, że chciał nawiązać ze mną kontakt, ale ja nie miałam na to ochoty. - To dobrze. To znaczy, że jest z Toba co raz lepiej, skoro zaczynasz urządzać świat dookoła siebie.  - Spojrzałam na niego jak na idiote. Dalej nie chce żyć, więc jakie polepszenie. - Zauważyłem, że zaprzyjaźniłaś sie z Gabi.
-Nie nazwałabym tego przyjaźnią. Przyczepiła się do mnie, po prostu.
-Tak, rozumie. Gabi jest bardzo przyjacielska. Mam nadzieje, że nie będziesz miała okazji spotkać Marthy - to jej druga osobowość. Jest bardzo niebezpieczna, wiec jeśli zobaczysz w jej zachowaniu jakieś zmiany, od raz zawiadom kogoś z personelu. - Nie przejęłam się zbytnio jego słowami. Gabi na prawdę wydawała sie nieszkodliwa. Uśmiechnęłam się wiec tylko pobłażliwie i kiwnęłam głową, dając mu do zrozumienia, że przyjęłam jego słowa do wiadomości. - Dobrze, zatem - rzekł podnosząc sie z miejsca - będę juz szedł...
-A Bill...-Wymskło mi się. Na prawdę nie chciałam zaczynać o nim rozmowy. W ogóle nie chciałam, by ktoś pomyślał, że się nim interesuje. Co prawda, jestem niemal pewna, że każdy zauważył, że mu się przyglądam. Nie zdziwię się, jeśli on sam to zauważył, chociaż tylko raz spojrzał w moja stronę, ale nie chciałam wzbudzać tą… fascynacją zainteresowania wśród lekarzy.
- Bill... - Zaczął doktor i odwrócił się w moja stronę. Przyjrzał mi się uważnie, jakby chciał mnie przeanalizować. No dziękuję bardzo, nie musisz tego robić, naprawdę jestem całkiem normalna i nie mam problemów związanych z Billem, więc proszę cię daruj sobie.
-Zauważyłam, że do nikogo się nie odzywa i zastanawiam się, czy powinnam się go obawiać. - Wymyśliłam na poczekaniu. Jego mina świadczyła jednak, że nie za bardzo mi wierzy. - Zachowuje się inaczej niż wszyscy. - Brew lekarza uniosła się znacznie, jakbym odkryła Amerykę. - Tak, wiem tutaj wszyscy zachowują się inaczej niż wszyscy. Pan wie, o czym mówię...
- Wiem. Wiem. Nie musisz się bać Billa. To najspokojniejszy człowiek na świecie. Tak samo jak ty cierpi na depresje, ale jest na prawdę trudnym przypadkiem. Nie mogę ci jednak powiedzieć nic więcej. - Przytaknęłam. Znałam pojecie tajemnicy lekarskiej i cieszyłam się, że dr Wolf umie jej dotrzymać. - Zapraszam cie dziś na spotkanie grupy.
-Rozumie, że jak nie przyjdę to zostanę doprowadzona siłą. – Powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy.
- Mam nadzieje, że nie będę do tego zmuszony. Do zobaczenia. - Rzucił jeszcze, zamykając za sobą drzwi. No wspaniale a wiec ziścił się mój najgorszy koszmar: Beda mnie analizować świry. No wspaniale! Wzięłam głęboki wdech i postanowiłam przeleżeć pozostały mi czas i nastawić się na nadchodzące spotkanie. Nie wiedziałam jak coś takiego będzie wyglądać. Oczywiście widziałam grupy wsparcia na amerykańskich filmach, ale oglądać to w telewizji a przeżyć osobiście to dwie rożne rzeczy. Naturalnie przed oczami miałam kółeczko, w którym siedzieliśmy. Słyszałam nawet jak opowiadają swoje historie. Kilka z nich już znałam, opowiedziała mi je Gabi.
Wiedziałam mniej więcej, dlaczego w zakładzie znalazła sie Elisabeth, która kręciła sie na krześle, gdy pierwszy raz odwiedziłam świetlice. Słyszałam też o tragedii Lucasa, który miął za sobą trzy nieudane próby samobójcze. Gabi opowiedziała mi także o Barbarze, która wpadła w depresje po tym jak została sprzedana do domu publicznego. Oczywiście poznałam też kilka innych historii, ale teraz nie potrafię sobie ich przypomnieć. Zresztą teraz nie jest to ważne.
Nie minęło dziesięć minut, gdy w moim pokoju pojawiła sie pielęgniarka i kazała mi iść na świetlice. Nawet chwili spokoju! Człowiek ani sekundy nie może sam powiedzieć i poużalać sie nad sobą, pomyśleć o świecie. Pierdnąć tu nawet w samotności nie można! Czy to jest ich sposób na terapie? Zmuszanie ludzi by przebywali w otoczeniu innych? A jeżeli maja skłonności mordercze, to też będą go wśród ludzi umieszczać na sile?
Zła jak osa podarzyłam za pielęgniarka, nie wolno mi było jeszcze samodzielnie poruszać sie po ośrodku, ale wiedziałam, że to sie zmieni za kilka dni. Musiałam to przeczekać, choć nie na moment obecny nie wydawało mi się to takie proste. Byli tu ludzie dużo bardziej niebezpieczni ode mnie, a mieli większą swobodę niż ja. To jest nie sprawiedliwe! Zresztą jak miałabym się zabić? Nie mam, czym się pociąć, na czym powiesić i codziennie jestem poddawana specjalnej, starannej inspekcji. Na dodatek cały czas ktoś nas obserwuje i wszędzie są kamery.  Naprawdę popełnienie samobójstwa tutaj jest zupełnie nie możliwe. Nawet gdyby udało mi się znaleźć coś, czym mogłabym się zabić, nawet gdybym miała chwilę samotności i nikt mnie nie obserwował, to jestem pewna, że chwilę po tym jak zrobiłabym sobie krzywdę, znalazłaby mnie któraś z pielęgniarek i odratowaliby mnie raz dwa. Potem musiałabym jeszcze raz przechodzić przez to wszystko, a ja taka głupia nie jestem. Poudaję, że jest ze mną lepiej, że cieszę się życiem, że żałuję, że chciałam się zabić i że nie wiem, co we mnie wstąpiło. A potem wyjdę stąd i tym razem poszukam jakiegoś mocnego sznura. Tak, wiem wielu próbowało tej metody, ale ja jestem naprawdę dobrą aktorką. Martha aż do momentu, gdy mnie znalazła nie podejrzewała, że chce się zabić. Na jednej z prywatnych sesji dr Wolf powiedział mi, że to ona weszła do łazienki, gdy leżałam we krwi i wezwała pogotowie. Ponoć jest załamana i sama teraz łyka jakieś tabletki na uspokojenie. I dobrze jej tak. Nienawidzę jej. To najgorsza, zakłamana suka, jaką znam. Niech żre te przeklęte leki garściami, niech przedawkuje i zdechnie!
Zanim dobrze zdążyłam się nakręcić w mojej nienawiści do Marthy, dotarłam na świetlice. Gabi już tu była i biegała z kilkoma młodszymi chłopakami dookoła stolików. Była radosna, uśmiechnięta. Jakby w ogóle nie była chora i nieznajdowana się w zakładzie, tylko była małą dziewczynką bawiącą się z kolegami w berka na łące. Niemal widziałam te kwiatki rosnące pod jej stopami, słyszałam ptaki śpiewające na gałęziach drzew, widziałam jej zaplątane w warkocze włosy i kwiecistą sukienkę na ramiączkach. I jej uśmiech słodki, dziecięcy, niewinny. Zrobiło mi się dziwnie ciepło na sercu. Była promykiem szczęścia, nadziei w tym domu wariatów.
Spojrzałam w stronę stolika stojącego pod oknem. Siedział tam, tak samo jak wczoraj, przedwczoraj i tydzień wcześniej. W tej samej pozie, patrząc w swoje splątane ręce. Dopiero niedawno zobaczyłam, że ma tatuaże. Jeden właśnie na dłoni, wyglądało to trochę tak jakby wpatrywał się w niego jak w dzieło sztuki i zastanawiał się, co autor miał na myśli. Tyle, że jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Śmiało można by go uznać za seryjnego mordercę, człowieka bez uczuć i bez skrupułów, gdyby nie jego oczy. Nigdy nie zapomnę tego, co w nich zobaczyłam, będzie mnie to prześladować do końca życia. Z jednej strony bardzo chciałam by na mnie spojrzał, był taki piękny. Mogłabym patrzeć na niego godzinami i nigdy mi się nie znudzi, ale gdy pomyślałam o tym, co zobaczyłam w jego oczach. Nie, lepiej by patrzył na swoje dłonie. Nie jestem wstanie unieść swojego bólu, a co dopiero jeszcze jego. Tak właśnie się czułam, gdy spojrzeliśmy sobie w oczy. Jakby pytał się mnie: chcesz trochę podźwigać?
Z zamyślenia nad urodą Billa wyrwała mnie Gabi, która ciągnęła mnie za rękaw w drugi kąt, gdzie zazwyczaj urzędowałyśmy. Usiadłam na moim stałym miejscu, z którego miałam doskonały widok na chłopaka. Dziewczyna przybiegła z powrotem do mnie ze swoją ulubioną grą. Dziś nie miałam kompletnie siły na to by z nią grać. Nie chciałam dziś w ogóle kontaktować się z ludźmi. Najchętniej zapadłabym się pod ziemię, albo udawała, że nie istnieję. W tym momencie zazdrościłam blondynowi, że nikt go nie zaczepiał, miał święty spokój, chociaż i niewątpliwe on był zmuszany do pojawiania się tutaj.  Jestem pewna, że wolałby, aby nikt nie widział go w takim stanie. Samotność z pewnością mu nie służyła, ale towarzystwo też nie poprawiało jego stanu. Zastanawiałam się, co takiego wydarzyło się w jego życiu, że się załamał. Widać po nim było, że kiedyś był silnym człowiekiem, który brał byka za rogi i się nie poddawał. Jednak coś musiało go zniszczyć. Nie wiedziałam, co się wydarzyło w jego życiu, nikt, poza lekarzem, nie wiedział, co go spotkało. Ale lekarz nic nie mógł powiedzieć, a Bill do nikogo się nie odzywał.
Dopiero po dłuższej chwili zaczął do mnie docierać zniecierpliwiony głos Gabi. Potrzęsłam głową, by wyrzucić z niej myśli o chłopaku i skupić się na dziewczynie. Jej mina nie bardzo mi się podobała. Dotąd widziałam ją radosną, albo płacząca, ale nigdy wściekłej. Tak, wściekła do doskonałe określenie na stan, w jakim się znajdowała.
- Przepraszam byłam zamyślona. Co mówiłaś? – Zapytałam uprzejmie, nie chcąc jej już bardziej denerwować. Wydaje mi się jednak, że na nic to się stało.  W jej oczach dostrzegłam jeszcze większą furię. Wzięłam głęboki wdech. „Uspokój się, nie panikuj” powtarzałam sobie.
- Nie ignoruj mnie, Saro – rzekła głosem tak zimnym i obojętnym, że aż przeszły mnie ciarki. To było zdecydowanie niepokojące, że Gabi tak się zachowywała, jednak nigdzie w pobliżu nie widziałam nikogo, komu mogłabym zgłosić jej dziwne zachowanie, a cała wymiana zdań odbywała się na tyle cicho, że nikt nie zwrócił na nią uwagi.
- Nie ignoruję cię. Po prostu się zamyśliłam. Wiesz, dziś czeka mnie pierwsza sesja grupowa… - Nie zdążyłam dokończyć zdania nim Gabi chwyciła za grę i rzuciła nią na drugą stronę pokoju. Zauważyłam, że wszyscy pensjonariusze zaczęli uciekać z świetlicy. Dziękuję, kurde, za pomoc! Ciemnoskóra zasłoniła mi drogę wyjścia. Dłonie zaciśnięte miała w pięści a z oczu strzelała piorunami. Dosłownie! Chyba nigdy się tak nie bałam jak wtedy. – Gabi..
-Nie jestem Gabi! – Wrzasnęła. – Jestem Martha! Martha! – Krzyknęła i rzuciła się na mnie. Poczułam jej dłonie na szyi. Dusiła mnie bardzo mocno. Nigdy nie pomyślałabym, że w tej dziewczynce może być tyle siły. Zaczęło mi braknąć powietrza i dziwiłam się, że jeszcze nikt z personelu się tu nie pojawił. –Martha! Martha! Nie Gabi! Martha, idiotko! Jestem Martha! – Zaczęła mną szarpać, zaczęło mi się robić ciemno przed oczami. Byłam pewna, że za chwilę umrę.
-Uspokój się! – Usłyszałam jakiś męski głos, ale nie miałam czasu zastanawiać się ani nad tym jak cudownie brzmiał ani nad tym, do kogo należał. – Zostaw ją. – Jej dłonie jednak zaciskały się, co raz mocniej. Nie mogłam złapać oddechu. W pewnym momencie poczułam, że moc jej uścisku słabnie, aż wreszcie znikł całkowicie. Boże, jednak ktoś z personelu się pojawił. Całe zajście nie trwało 30 sekund, ale ja miałam wrażenie, że byłam duszona całą wieczność. Nadal nie mogłam złapać oddechu a stres odebrał mi jasność umysłu. Ciągle miałam plamki przed oczami, dokładnie jak przy próbie i byłam pewna, że lada chwila zemdleję. Ostatnim, co widziałam to ciemne dłonie Gabi blisko mojej szyi, oraz oplatające jej nadgarstki drugie dłonie, z czego na jednej widniał tatuaż. 



wtorek, 7 stycznia 2014

Rozdział 1




Pisząc początek nie wierzyłam, że osiągnę taki efekt końcowy. Chyba nigdy z niczego nie byłam tak dumna jak z tego odcinka. Chyba nigdy nie popłakałam się pisząc. 
I nigdy nie napisałam niemal 4 stron jednej notki. 
Zapraszam.

***
 
 Pik. Pik. Pik.
Co to za upierdliwy dźwięk? Nie wiem, czy chcę otworzyć oczy. Chyba powinnam, ale nie czuję się na siłach. Przez całe życie mówili mi, że samobójcy idą do piekła. Tam ponoć przypiekają ludzi żywcem. A ja czuję się dobrze, błogo. Trochę miesza mi się w głowie i chce mi się spać, ale, poza wkurzającym pikaniem, czuję się zadziwiająco dobrze.
No dobra, coś mi tu nie pasuje. A więc liczę do trzech i podnoszę powieki…
Raz.
Dwa.
Trzy.
Kurde, to trudniejsze niż myślałam.
Kiedy wreszcie wydaje mi się, że oczy mam szeroko otwarte, dostrzegam jedynie białe tło i czarne plamki. Może, gdy pomrugam to znikną, z drugiej strony boję się, że jak przymknę powieki to już ich nie otworze. O ironio.
Nie mam siły długo zostawiać otwartych oczu. Znów ogarnia mnie błogość i senność. Coś nie tak z tym życiem po śmierci…
To pikanie trupa by obudziło…
Nie! To nie możliwe!
Siadam na łóżku i czuję się jakbym wynurzała się z potwornej głębiny. Nie mogę złapać oddechu, jakbym wyrwała się śmierci z rąk. Mój Boże… ja naprawdę żyje… Wyraźnie widzę białe ściany, okno po drugiej stronie, przez które widać kolejne ściany i rzędy krzeseł. Wreszcie dostrzegam dziesiątki rurek wpiętych w moje ciało i ciągnących się do dziwnych urządzeń. Na samym końcu dostrzegłam ją i wtedy zrozumiałam, że nie umarłam.
- Nie – wyszeptałam ciągle nerwowo rozglądając się po pomieszczeniu – Nie! – Łzy zaczęły napływać mi do oczu, nie mogłam złapać tchu. Histeria ogarniała mnie ze zdwojoną siłą.- Nie! Nie! Nie!! – Zaczęłam się trząść i miotać. Ona starała się mnie przytrzymać, ale ja wpadłam w taki letarg, że w ogóle nie ogarniałam, co się dzieje. Złapałam się za głowę, zakryłam uszy, wyrywałam sobie włosy z głowy. Jednym słowem robiłam wszystko by się obudzić z tego koszmaru. Miałam nie żyć.
- Sarah! Uspokój się! – Zaczęła mną szarpać, co tylko pogorszyło mój stan. Zaczęłam się jej wyrywać, chyba ją uderzyłam, ale miałam to gdzieś. Jedyna myśl, jaka tłukła mi się po głowie to było pytanie: dlaczego? – Doktorze! – Jej krzyki doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Miałam ochotę zamknąć jej tą buźkę, ale zanim zdążyłam objąć dłońmi jej szyję do pomieszczenia weszło kilkoro ludzi. Dwóch mężczyzn starało się mnie złapać za ręce i przycisnąć do łóżka, tak bym nie miała jak się szarpać.
Nawet nie wiem, kiedy poczułam się tak, jakbym zaczęła tonąć. Świadomość zaczęła mnie opuszczać. Straciłam ostrość widzenia. Czułam, że ciało odmawia mi posłuszeństwa.
- Podaliśmy jej silny lek uspokajający. Samobójcy często tak reagują po przebudzeniu. – Usłyszałam jeszcze, dość wyraźnie, głos jakiegoś mężczyzny. Sam sobie podaj lek uspokajający, dziadzie jeden!
- Sarah nie chciała… - Błoga ciemność wypełniła mnie z każdej strony.

Kiedy świadomość zaczęła do mnie wracać, nadal czułam, że nie mogę się poruszyć. Wszystkie części ciała miałam niesamowicie ciężkie, jakby ważyły tonę, albo zanurzone były w cemencie. Między bogiem a prawdą miałam to gdzieś. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że jeżeli ten stan się przedłuży, to jest duże prawdopodobieństwo, że zdechnę z głodu. Nie o takiej śmierci marzyłam, ale lepsza taka niż żadna.
Czułam, że ktoś siedzi obok mnie, nawet domyślałam się, kto, ale nie chciałam otwierać oczu. Nie chciałam widzieć ani jej, ani tego świata. W jednej chwili myśl o śmierci głodowej odeszła w zapomnienie, gdy znów usłyszałam to przeklęte pikanie. O nie, w szpitalu nie dadzą mi umrzeć w spokoju. Będą mnie na siłę podtrzymywać przy życiu, jakby moje zdanie nie miało żadnego znaczenia. A to jest moje życie i jak chcę mogę je sobie odebrać!
Czułam jej dłoń na swojej głowie. Głaskała mnie delikatnie, jakby chciała mi przekazać, że jej na mnie zależy. Uważaj, bo uwierzę. Miałam ochotę zrzucić z siebie jej dłoń. Miałam wrażenie, że wypala mi skórę na głowie. Nienawidzę cię suko, więc spadaj stąd i zostaw mnie bym mogła spokojnie zdechnąć.
Leżałam, więc tak udając, że śpię. Nudziłam się jak mops, ale nie chciałam jej słuchać i na nią patrzeć. Co chwilę ktoś wchodził i wychodził, słyszałam jak otwierają i zamykają się drzwi, ale bałam się otworzyć oczy. Wiedziałam, że musiałabym wysłuchiwać jej wtedy, a nie miałam na to ochoty. Nie chciałam słuchać pretensji, ani jej wymówek. To ona była wszystkiemu winna. Tylko ona.
- Powinna pani pójść do domu, przespać się, odświeżyć.
- Wiem, wiem. – Usłyszałam jej cichy głos. Wydawała mi się jakaś taka… zmizerniała. Nie żeby było mi jej żal, co to, to nie. Jej mnie nie było.
Nie minęła chwila jak jej dłoń zniknęła z mojej głowy. Ucałowała mnie w czoło i wyszła. Hurra! Oczy otworzyłam, gdy tylko usłyszałam trzask zamykania drzwi. Niewątpliwie znajdowałam się w innej sali. Ściany wydawały mi się jeszcze bardziej przytłaczająco białe, naprzeciwko nie dojrzałam żadnego okna. W ogóle pomieszczenie oświetlane było sztucznie a oprócz jednego urządzenia, do którego podłączona byłam cienką rurką, oraz krzesła stojącego obok łóżka, nie znajdowało się w tu nic innego. Tak zimno… Sterylnie… Depresyjnie.
Marzyłam o tym by zmienić pozycję, byłam pewna, że od leżenia na plecach mam już odleżyny. Zmusiłam ciało do tego by się poruszyło jednak poczułam się… skrępowana? ŻE CO?! Chciałam się podnieść do siadu, jednak było mi to uniemożliwione. Zaczęłam się kręcić. Musiałam wiedzieć, co się dzieje. Starałam się jakoś wykręcić głowę, ułożyć się tak, bym mogła zobaczyć, czemu nie mogę się poruszyć. Tylko przez ułamek sekundy przeszło mi przez myśl, że to jakieś skutki mojego „samobójstwa”, albo znów podali mi jakieś cholerne leki. To był naprawdę ułamek sekund, bo potem zobaczyłam je. Grube, brązowe pasy zapięte na duże, metalowe klamry. Chyba komuś się coś w głowie poprzewracało, żeby mnie tak unieruchomić? Z jakiej racji… Dobra, dostałam małej, maleńkiej histerii, ale sam lekarz stwierdził, że to u niedoszłych samobójców całkowicie normalnie. Byłam tak wstrząśnięta swoim odkryciem, że nie zauważyłam, jak ktoś wszedł do pomieszczenia Poczułam na sobie czyjeś spojrzenie i dopiero wtedy podniosłam wzrok i skierowałam go w stronę drzwi. Stał tam mężczyzna na oko miał 30 lat. Całkiem przystojny, ciemne włosy obcięte po męsku, wszystko jednak psuł olbrzymi brzuch, na którym opinał się biały fartuch. Widać było, że w życiu wypił nie jedno piwo.
- Dzień dobry, Saro – głos miał niski i przyjemny dla ucha, jednak ja wiedziałam, że go nie polubię. Miał dziwny, przeszywający wzrok. Taki jakby chciał wyciągnąć ze mnie wszystkie moje tajemnice, a ja nie ufałam mu ani trochę. – Nazywam się Martin Wolf i jestem psychiatrą. – Że co? Wiem, że chciałam się zabić, ale miałam swój powód, nie jestem szurnięta, nie rzuciłam się na nikogo z siekierą; ludzie nie przesadzacie troszeczkę? – Twoja… Em…- Spojrzał na mnie nie wiedząc jak ją nazwać. Nie dziwię mu się, sama nie wiedziałam, kim ona jest. Słowo „mama” nie przejdzie mi przez gardło, więc mówiłam na nią „ona”. – Pani Martha zgodziła się na twój pobyt w naszym ośrodku…
- Że co? – Nie wierzę! Przeklęta suka! Mało jej, że zniszczyła mi życie to jeszcze zamknęła mnie w czubkolandzie! Serce zaczęło mi bić tak szybko, że myślałam, że wyskoczy mi zaraz z klatki piersiowej. – Ta suka nie miała prawa! – Wrzeszczałam niemal jak opętana. Patrząc na to z perspektywy czasu, gdybym stała z boku i przyglądała się sobie w tym momencie, nie uwierzyłabym w to, że jestem normalna. – Jestem pełnoletnia!
-Tak, ale z racji tego, że chciałaś się zabić. Sąd i twoja matka stwierdzili, że najlepsze dla ciebie będzie umieszczenie cię w zakładzie zamkniętym. – Odparł zupełnie spokojnie jakby nic wielkiego się nie stało. A stało się, zostałam ubezwłasnowolniona. I to jeszcze przez kogo?! Przez tą przeklętą sukę! Boże jakbym ją dorwała w tym momencie to… Brakuje mi pomysłów na to, w jaki sposób pozbawiłabym ją życia. Każda śmierć byłaby za mało bolesna.
- Zabiję ją! Jak tylko ją zobaczę wydłubię jej oczy! Nie miała prawa!
- Miała prawo. Jako twoja mat…
- Nie ma prawa się tak nazywać! – Wrzasnęłam. Teraz dopiero zaczęły mnie wkurzać te pasy. Chciałam wstać i wyjść a po drodze coś zdemolować.
- Saro uspokój się, bo inaczej będę zmuszony podać ci leki.
-„Uspokój się.” Łatwo panu powiedzieć, bo to nie pana zamknięto tu siłą. Pan przychodzi tu z własnej woli i jeszcze panu za to płacą. A ja? Nie chce tu być. Ani w tym zakładzie, ani w ogóle żyć. Pan nie wie, co ja czuje. Pan widzi tylko kolejnego samobójcę, cyferkę w danych statystycznych, kolejny przypadek do zdiagnozowania.  – Widziałam jego litościwy wzrok. Miałam ochotę napluć mu prosto w twarz, ale stał za daleko.
- Saro… Każdy pacjent naszego ośrodka ma przydzielonego osobistego lekarza. Zapewne domyślasz się, że ja jestem twoim. Dodatkowo ludzie z depresją – prychnęłam w tym momencie tak głośno, że jestem niemal pewna, że słyszano mnie na korytarzu – dwa razy w tygodniu spotykają się na tak zwanej grupie wsparcia. – Śmiech, który mnie ogarnął sprawił, że łzy popłynęły mi po policzkach. Niemal widziałam tych czubków siedzących w kręgu, kiwających się jak dzieci z chorobą sierocą. I oni mają mi pomóc? – Spotkamy się za kilka dni, gdy już przyzwyczaisz się do nowej sytuacji.  Wkrótce zostaniesz przeniesiona do swojej sali i będziesz mogła swobodnie poruszać się po ośrodku. Do zobaczenia.

Przyzwyczajenie się do nowej, zamkniętej rzeczywistości zajęło mi kilka dni. Ten czas spędziłam w zamkniętym pokoju, bez klamek. Nie wolno mi było przez pierwsze dwie doby wychodzić, jedzenie było mi podawane przez otwór w drzwiach. Z nudów zaczęłam już gadać sama do siebie, śpiewać, śmiać się i za chwilę płakać, drapać się niemal do krwi, wtedy do pokoju weszli sanitariusze i podali mi leki na uspokojenie, oraz kiwać się jak przysłowiowy Żyd. W psychiatrykach człowiek nie zdrowiał to tu dostawał fisia. Przysięgam, że jeszcze godzinę spędzałabym sama w tym przeklętym pokoju a zaczęłabym krzyczeć i błagać.

Pierwszą, krótką wycieczkę odbyłam na stołówkę. Była ona pusta, ale chociaż popatrzyłam na inne ściany. Te w moim „pokoju” były miękkie i białe, a stołówka pomalowana była na zielono. Oczywiście wszystko tutaj musiało przypominać szpital. Jak ludzie mogą tutaj dochodzić do zdrowia, jak wszystko przytłacza zimnem, samotnością a dookoła niemal czuć śmierć? Nie rozumiałam tego. Moje spojrzenie na zakład zmieniło się odrobinę, gdy zaprowadzono mnie na świetlice. Harmider panujący w tym pomieszczeniu był miłą odmianą po kilku dniach nieznośniej ciszy. Część ludzi siedziała i oglądała telewizję, kilka osób grało w gry planszowe, ktoś malował. Młodsi i zdrowsi bawili się w berka i przeszkadzali starszym w ich zajęciach. Sporo osób rozmawiało pół głosem. Jeden chłopak śmiał się histerycznie, a kobieta w średnim wieku kręciła się jak małe dziecko na obrotowym krześle. Czubki. Czubki wszędzie. Usiadłam w kącie, nie chcąc rzucać się w oczy. Ja i ci ludzie nie mieliśmy ze sobą nic wspólnego. Oni mieli swoje planety, a ja byłam tylko niedoszłą samobójczynią. Zastanawiam się ilu z tych ludzi było tak naprawdę, rzeczywiście niebezpiecznych dla innych. Nie ukrywam, że bałam się przebywać w ich otoczeniu.
Siedziałam sobie spokojnie, przyglądając się wszystkim w około a przy mnie zaczęła się kręcić dziewczyna. Nie była ode mnie dużo młodsza, może z rok, dwa. Skakała, tańczyła i uśmiechała się. Była czarnoskóra, przez co jej śnieżnobiały strój rzucał się w oczy jeszcze bardziej. Włosy związane miała w dwa kucyki i wyglądała ja duże dziecko. I tak też się zachowywała. Przystanęła, przechyliła głowę w jedną stronę i zaczęła mi się uważnie przyglądać. Zamrugała kilkakrotnie jakby coś wpadło jej do oka, poczym podbiegła do mnie i uściskała mnie serdecznie. Następnie pobiegła do półki z grami, schwyciła za którąś i nim się obejrzałam była obok mnie.
- Jestem Gabi. Ga-bi. Zagraj ze mną. – Głos miała słodki, dziewczęcy, dziecięcy wręcz. Spojrzałam na nią chcąc kazać jej spadać i wtedy dojrzałam jego… Siedział sam, w najdalszym kącie i na nikogo nie zwracał uwagi. Wpatrywał się w swoje ręce, które splecione trzymał na stoliku. Wydawał się tak odległy a jednak tak bliski memu sercu. Miałam przeczucie, że tylko on mnie zrozumie i że tylko razem możemy podnieść się z tych czeluści. Gabi chyba zauważyła, że się w niego wpatruje i nie zwracam na nią uwagi. Odwróciła się by sprawdzić, komu się przyglądam poczym podeszła do mnie i wyszeptała na ucho:
-Niezłe ciacho, nie? Połowa zakładu wzdycha na jego widok. Ma na imię Bill i jest tu od trzech miesięcy, ale do nikogo jeszcze się nie odezwał, choć chyba każdy próbował, ciągle tylko wpatruje się w swoje ręce. – Gdy wymawiała ostatnie słowo on podniósł głowę i spojrzał w moją stronę. Patrzyłam w jego piękne czekoladowe oczy, w których było tyle bólu, że miałam wrażenie, że sama w nim tonę.