wtorek, 7 stycznia 2014

Rozdział 1




Pisząc początek nie wierzyłam, że osiągnę taki efekt końcowy. Chyba nigdy z niczego nie byłam tak dumna jak z tego odcinka. Chyba nigdy nie popłakałam się pisząc. 
I nigdy nie napisałam niemal 4 stron jednej notki. 
Zapraszam.

***
 
 Pik. Pik. Pik.
Co to za upierdliwy dźwięk? Nie wiem, czy chcę otworzyć oczy. Chyba powinnam, ale nie czuję się na siłach. Przez całe życie mówili mi, że samobójcy idą do piekła. Tam ponoć przypiekają ludzi żywcem. A ja czuję się dobrze, błogo. Trochę miesza mi się w głowie i chce mi się spać, ale, poza wkurzającym pikaniem, czuję się zadziwiająco dobrze.
No dobra, coś mi tu nie pasuje. A więc liczę do trzech i podnoszę powieki…
Raz.
Dwa.
Trzy.
Kurde, to trudniejsze niż myślałam.
Kiedy wreszcie wydaje mi się, że oczy mam szeroko otwarte, dostrzegam jedynie białe tło i czarne plamki. Może, gdy pomrugam to znikną, z drugiej strony boję się, że jak przymknę powieki to już ich nie otworze. O ironio.
Nie mam siły długo zostawiać otwartych oczu. Znów ogarnia mnie błogość i senność. Coś nie tak z tym życiem po śmierci…
To pikanie trupa by obudziło…
Nie! To nie możliwe!
Siadam na łóżku i czuję się jakbym wynurzała się z potwornej głębiny. Nie mogę złapać oddechu, jakbym wyrwała się śmierci z rąk. Mój Boże… ja naprawdę żyje… Wyraźnie widzę białe ściany, okno po drugiej stronie, przez które widać kolejne ściany i rzędy krzeseł. Wreszcie dostrzegam dziesiątki rurek wpiętych w moje ciało i ciągnących się do dziwnych urządzeń. Na samym końcu dostrzegłam ją i wtedy zrozumiałam, że nie umarłam.
- Nie – wyszeptałam ciągle nerwowo rozglądając się po pomieszczeniu – Nie! – Łzy zaczęły napływać mi do oczu, nie mogłam złapać tchu. Histeria ogarniała mnie ze zdwojoną siłą.- Nie! Nie! Nie!! – Zaczęłam się trząść i miotać. Ona starała się mnie przytrzymać, ale ja wpadłam w taki letarg, że w ogóle nie ogarniałam, co się dzieje. Złapałam się za głowę, zakryłam uszy, wyrywałam sobie włosy z głowy. Jednym słowem robiłam wszystko by się obudzić z tego koszmaru. Miałam nie żyć.
- Sarah! Uspokój się! – Zaczęła mną szarpać, co tylko pogorszyło mój stan. Zaczęłam się jej wyrywać, chyba ją uderzyłam, ale miałam to gdzieś. Jedyna myśl, jaka tłukła mi się po głowie to było pytanie: dlaczego? – Doktorze! – Jej krzyki doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Miałam ochotę zamknąć jej tą buźkę, ale zanim zdążyłam objąć dłońmi jej szyję do pomieszczenia weszło kilkoro ludzi. Dwóch mężczyzn starało się mnie złapać za ręce i przycisnąć do łóżka, tak bym nie miała jak się szarpać.
Nawet nie wiem, kiedy poczułam się tak, jakbym zaczęła tonąć. Świadomość zaczęła mnie opuszczać. Straciłam ostrość widzenia. Czułam, że ciało odmawia mi posłuszeństwa.
- Podaliśmy jej silny lek uspokajający. Samobójcy często tak reagują po przebudzeniu. – Usłyszałam jeszcze, dość wyraźnie, głos jakiegoś mężczyzny. Sam sobie podaj lek uspokajający, dziadzie jeden!
- Sarah nie chciała… - Błoga ciemność wypełniła mnie z każdej strony.

Kiedy świadomość zaczęła do mnie wracać, nadal czułam, że nie mogę się poruszyć. Wszystkie części ciała miałam niesamowicie ciężkie, jakby ważyły tonę, albo zanurzone były w cemencie. Między bogiem a prawdą miałam to gdzieś. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że jeżeli ten stan się przedłuży, to jest duże prawdopodobieństwo, że zdechnę z głodu. Nie o takiej śmierci marzyłam, ale lepsza taka niż żadna.
Czułam, że ktoś siedzi obok mnie, nawet domyślałam się, kto, ale nie chciałam otwierać oczu. Nie chciałam widzieć ani jej, ani tego świata. W jednej chwili myśl o śmierci głodowej odeszła w zapomnienie, gdy znów usłyszałam to przeklęte pikanie. O nie, w szpitalu nie dadzą mi umrzeć w spokoju. Będą mnie na siłę podtrzymywać przy życiu, jakby moje zdanie nie miało żadnego znaczenia. A to jest moje życie i jak chcę mogę je sobie odebrać!
Czułam jej dłoń na swojej głowie. Głaskała mnie delikatnie, jakby chciała mi przekazać, że jej na mnie zależy. Uważaj, bo uwierzę. Miałam ochotę zrzucić z siebie jej dłoń. Miałam wrażenie, że wypala mi skórę na głowie. Nienawidzę cię suko, więc spadaj stąd i zostaw mnie bym mogła spokojnie zdechnąć.
Leżałam, więc tak udając, że śpię. Nudziłam się jak mops, ale nie chciałam jej słuchać i na nią patrzeć. Co chwilę ktoś wchodził i wychodził, słyszałam jak otwierają i zamykają się drzwi, ale bałam się otworzyć oczy. Wiedziałam, że musiałabym wysłuchiwać jej wtedy, a nie miałam na to ochoty. Nie chciałam słuchać pretensji, ani jej wymówek. To ona była wszystkiemu winna. Tylko ona.
- Powinna pani pójść do domu, przespać się, odświeżyć.
- Wiem, wiem. – Usłyszałam jej cichy głos. Wydawała mi się jakaś taka… zmizerniała. Nie żeby było mi jej żal, co to, to nie. Jej mnie nie było.
Nie minęła chwila jak jej dłoń zniknęła z mojej głowy. Ucałowała mnie w czoło i wyszła. Hurra! Oczy otworzyłam, gdy tylko usłyszałam trzask zamykania drzwi. Niewątpliwie znajdowałam się w innej sali. Ściany wydawały mi się jeszcze bardziej przytłaczająco białe, naprzeciwko nie dojrzałam żadnego okna. W ogóle pomieszczenie oświetlane było sztucznie a oprócz jednego urządzenia, do którego podłączona byłam cienką rurką, oraz krzesła stojącego obok łóżka, nie znajdowało się w tu nic innego. Tak zimno… Sterylnie… Depresyjnie.
Marzyłam o tym by zmienić pozycję, byłam pewna, że od leżenia na plecach mam już odleżyny. Zmusiłam ciało do tego by się poruszyło jednak poczułam się… skrępowana? ŻE CO?! Chciałam się podnieść do siadu, jednak było mi to uniemożliwione. Zaczęłam się kręcić. Musiałam wiedzieć, co się dzieje. Starałam się jakoś wykręcić głowę, ułożyć się tak, bym mogła zobaczyć, czemu nie mogę się poruszyć. Tylko przez ułamek sekundy przeszło mi przez myśl, że to jakieś skutki mojego „samobójstwa”, albo znów podali mi jakieś cholerne leki. To był naprawdę ułamek sekund, bo potem zobaczyłam je. Grube, brązowe pasy zapięte na duże, metalowe klamry. Chyba komuś się coś w głowie poprzewracało, żeby mnie tak unieruchomić? Z jakiej racji… Dobra, dostałam małej, maleńkiej histerii, ale sam lekarz stwierdził, że to u niedoszłych samobójców całkowicie normalnie. Byłam tak wstrząśnięta swoim odkryciem, że nie zauważyłam, jak ktoś wszedł do pomieszczenia Poczułam na sobie czyjeś spojrzenie i dopiero wtedy podniosłam wzrok i skierowałam go w stronę drzwi. Stał tam mężczyzna na oko miał 30 lat. Całkiem przystojny, ciemne włosy obcięte po męsku, wszystko jednak psuł olbrzymi brzuch, na którym opinał się biały fartuch. Widać było, że w życiu wypił nie jedno piwo.
- Dzień dobry, Saro – głos miał niski i przyjemny dla ucha, jednak ja wiedziałam, że go nie polubię. Miał dziwny, przeszywający wzrok. Taki jakby chciał wyciągnąć ze mnie wszystkie moje tajemnice, a ja nie ufałam mu ani trochę. – Nazywam się Martin Wolf i jestem psychiatrą. – Że co? Wiem, że chciałam się zabić, ale miałam swój powód, nie jestem szurnięta, nie rzuciłam się na nikogo z siekierą; ludzie nie przesadzacie troszeczkę? – Twoja… Em…- Spojrzał na mnie nie wiedząc jak ją nazwać. Nie dziwię mu się, sama nie wiedziałam, kim ona jest. Słowo „mama” nie przejdzie mi przez gardło, więc mówiłam na nią „ona”. – Pani Martha zgodziła się na twój pobyt w naszym ośrodku…
- Że co? – Nie wierzę! Przeklęta suka! Mało jej, że zniszczyła mi życie to jeszcze zamknęła mnie w czubkolandzie! Serce zaczęło mi bić tak szybko, że myślałam, że wyskoczy mi zaraz z klatki piersiowej. – Ta suka nie miała prawa! – Wrzeszczałam niemal jak opętana. Patrząc na to z perspektywy czasu, gdybym stała z boku i przyglądała się sobie w tym momencie, nie uwierzyłabym w to, że jestem normalna. – Jestem pełnoletnia!
-Tak, ale z racji tego, że chciałaś się zabić. Sąd i twoja matka stwierdzili, że najlepsze dla ciebie będzie umieszczenie cię w zakładzie zamkniętym. – Odparł zupełnie spokojnie jakby nic wielkiego się nie stało. A stało się, zostałam ubezwłasnowolniona. I to jeszcze przez kogo?! Przez tą przeklętą sukę! Boże jakbym ją dorwała w tym momencie to… Brakuje mi pomysłów na to, w jaki sposób pozbawiłabym ją życia. Każda śmierć byłaby za mało bolesna.
- Zabiję ją! Jak tylko ją zobaczę wydłubię jej oczy! Nie miała prawa!
- Miała prawo. Jako twoja mat…
- Nie ma prawa się tak nazywać! – Wrzasnęłam. Teraz dopiero zaczęły mnie wkurzać te pasy. Chciałam wstać i wyjść a po drodze coś zdemolować.
- Saro uspokój się, bo inaczej będę zmuszony podać ci leki.
-„Uspokój się.” Łatwo panu powiedzieć, bo to nie pana zamknięto tu siłą. Pan przychodzi tu z własnej woli i jeszcze panu za to płacą. A ja? Nie chce tu być. Ani w tym zakładzie, ani w ogóle żyć. Pan nie wie, co ja czuje. Pan widzi tylko kolejnego samobójcę, cyferkę w danych statystycznych, kolejny przypadek do zdiagnozowania.  – Widziałam jego litościwy wzrok. Miałam ochotę napluć mu prosto w twarz, ale stał za daleko.
- Saro… Każdy pacjent naszego ośrodka ma przydzielonego osobistego lekarza. Zapewne domyślasz się, że ja jestem twoim. Dodatkowo ludzie z depresją – prychnęłam w tym momencie tak głośno, że jestem niemal pewna, że słyszano mnie na korytarzu – dwa razy w tygodniu spotykają się na tak zwanej grupie wsparcia. – Śmiech, który mnie ogarnął sprawił, że łzy popłynęły mi po policzkach. Niemal widziałam tych czubków siedzących w kręgu, kiwających się jak dzieci z chorobą sierocą. I oni mają mi pomóc? – Spotkamy się za kilka dni, gdy już przyzwyczaisz się do nowej sytuacji.  Wkrótce zostaniesz przeniesiona do swojej sali i będziesz mogła swobodnie poruszać się po ośrodku. Do zobaczenia.

Przyzwyczajenie się do nowej, zamkniętej rzeczywistości zajęło mi kilka dni. Ten czas spędziłam w zamkniętym pokoju, bez klamek. Nie wolno mi było przez pierwsze dwie doby wychodzić, jedzenie było mi podawane przez otwór w drzwiach. Z nudów zaczęłam już gadać sama do siebie, śpiewać, śmiać się i za chwilę płakać, drapać się niemal do krwi, wtedy do pokoju weszli sanitariusze i podali mi leki na uspokojenie, oraz kiwać się jak przysłowiowy Żyd. W psychiatrykach człowiek nie zdrowiał to tu dostawał fisia. Przysięgam, że jeszcze godzinę spędzałabym sama w tym przeklętym pokoju a zaczęłabym krzyczeć i błagać.

Pierwszą, krótką wycieczkę odbyłam na stołówkę. Była ona pusta, ale chociaż popatrzyłam na inne ściany. Te w moim „pokoju” były miękkie i białe, a stołówka pomalowana była na zielono. Oczywiście wszystko tutaj musiało przypominać szpital. Jak ludzie mogą tutaj dochodzić do zdrowia, jak wszystko przytłacza zimnem, samotnością a dookoła niemal czuć śmierć? Nie rozumiałam tego. Moje spojrzenie na zakład zmieniło się odrobinę, gdy zaprowadzono mnie na świetlice. Harmider panujący w tym pomieszczeniu był miłą odmianą po kilku dniach nieznośniej ciszy. Część ludzi siedziała i oglądała telewizję, kilka osób grało w gry planszowe, ktoś malował. Młodsi i zdrowsi bawili się w berka i przeszkadzali starszym w ich zajęciach. Sporo osób rozmawiało pół głosem. Jeden chłopak śmiał się histerycznie, a kobieta w średnim wieku kręciła się jak małe dziecko na obrotowym krześle. Czubki. Czubki wszędzie. Usiadłam w kącie, nie chcąc rzucać się w oczy. Ja i ci ludzie nie mieliśmy ze sobą nic wspólnego. Oni mieli swoje planety, a ja byłam tylko niedoszłą samobójczynią. Zastanawiam się ilu z tych ludzi było tak naprawdę, rzeczywiście niebezpiecznych dla innych. Nie ukrywam, że bałam się przebywać w ich otoczeniu.
Siedziałam sobie spokojnie, przyglądając się wszystkim w około a przy mnie zaczęła się kręcić dziewczyna. Nie była ode mnie dużo młodsza, może z rok, dwa. Skakała, tańczyła i uśmiechała się. Była czarnoskóra, przez co jej śnieżnobiały strój rzucał się w oczy jeszcze bardziej. Włosy związane miała w dwa kucyki i wyglądała ja duże dziecko. I tak też się zachowywała. Przystanęła, przechyliła głowę w jedną stronę i zaczęła mi się uważnie przyglądać. Zamrugała kilkakrotnie jakby coś wpadło jej do oka, poczym podbiegła do mnie i uściskała mnie serdecznie. Następnie pobiegła do półki z grami, schwyciła za którąś i nim się obejrzałam była obok mnie.
- Jestem Gabi. Ga-bi. Zagraj ze mną. – Głos miała słodki, dziewczęcy, dziecięcy wręcz. Spojrzałam na nią chcąc kazać jej spadać i wtedy dojrzałam jego… Siedział sam, w najdalszym kącie i na nikogo nie zwracał uwagi. Wpatrywał się w swoje ręce, które splecione trzymał na stoliku. Wydawał się tak odległy a jednak tak bliski memu sercu. Miałam przeczucie, że tylko on mnie zrozumie i że tylko razem możemy podnieść się z tych czeluści. Gabi chyba zauważyła, że się w niego wpatruje i nie zwracam na nią uwagi. Odwróciła się by sprawdzić, komu się przyglądam poczym podeszła do mnie i wyszeptała na ucho:
-Niezłe ciacho, nie? Połowa zakładu wzdycha na jego widok. Ma na imię Bill i jest tu od trzech miesięcy, ale do nikogo jeszcze się nie odezwał, choć chyba każdy próbował, ciągle tylko wpatruje się w swoje ręce. – Gdy wymawiała ostatnie słowo on podniósł głowę i spojrzał w moją stronę. Patrzyłam w jego piękne czekoladowe oczy, w których było tyle bólu, że miałam wrażenie, że sama w nim tonę.