Pisząc początek nie wierzyłam, że osiągnę taki efekt końcowy. Chyba nigdy z niczego nie byłam tak dumna jak z tego odcinka. Chyba nigdy nie popłakałam się pisząc.
I nigdy nie napisałam niemal 4 stron jednej notki.
Zapraszam.
***
Pik.
Pik. Pik.
Co to za
upierdliwy dźwięk? Nie wiem, czy chcę otworzyć oczy. Chyba powinnam, ale nie
czuję się na siłach. Przez całe życie mówili mi, że samobójcy idą do piekła.
Tam ponoć przypiekają ludzi żywcem. A ja czuję się dobrze, błogo. Trochę miesza
mi się w głowie i chce mi się spać, ale, poza wkurzającym pikaniem, czuję się
zadziwiająco dobrze.
No
dobra, coś mi tu nie pasuje. A więc liczę do trzech i podnoszę powieki…
Raz.
Dwa.
Trzy.
Kurde,
to trudniejsze niż myślałam.
Kiedy
wreszcie wydaje mi się, że oczy mam szeroko otwarte, dostrzegam jedynie białe
tło i czarne plamki. Może, gdy pomrugam to znikną, z drugiej strony boję się,
że jak przymknę powieki to już ich nie otworze. O ironio.
Nie mam
siły długo zostawiać otwartych oczu. Znów ogarnia mnie błogość i senność. Coś
nie tak z tym życiem po śmierci…
To
pikanie trupa by obudziło…
Nie! To
nie możliwe!
Siadam
na łóżku i czuję się jakbym wynurzała się z potwornej głębiny. Nie mogę złapać
oddechu, jakbym wyrwała się śmierci z rąk. Mój Boże… ja naprawdę żyje… Wyraźnie
widzę białe ściany, okno po drugiej stronie, przez które widać kolejne ściany i
rzędy krzeseł. Wreszcie dostrzegam dziesiątki rurek wpiętych w moje ciało i
ciągnących się do dziwnych urządzeń. Na samym końcu dostrzegłam ją i wtedy zrozumiałam,
że nie umarłam.
- Nie –
wyszeptałam ciągle nerwowo rozglądając się po pomieszczeniu – Nie! – Łzy
zaczęły napływać mi do oczu, nie mogłam złapać tchu. Histeria ogarniała mnie ze
zdwojoną siłą.- Nie! Nie! Nie!! – Zaczęłam się trząść i miotać. Ona starała się
mnie przytrzymać, ale ja wpadłam w taki letarg, że w ogóle nie ogarniałam, co
się dzieje. Złapałam się za głowę, zakryłam uszy, wyrywałam sobie włosy z
głowy. Jednym słowem robiłam wszystko by się obudzić z tego koszmaru. Miałam
nie żyć.
- Sarah!
Uspokój się! – Zaczęła mną szarpać, co tylko pogorszyło mój stan. Zaczęłam się
jej wyrywać, chyba ją uderzyłam, ale miałam to gdzieś. Jedyna myśl, jaka tłukła
mi się po głowie to było pytanie: dlaczego? – Doktorze! – Jej krzyki
doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Miałam ochotę zamknąć jej tą buźkę, ale
zanim zdążyłam objąć dłońmi jej szyję do pomieszczenia weszło kilkoro ludzi.
Dwóch mężczyzn starało się mnie złapać za ręce i przycisnąć do łóżka, tak bym
nie miała jak się szarpać.
Nawet
nie wiem, kiedy poczułam się tak, jakbym zaczęła tonąć. Świadomość zaczęła mnie
opuszczać. Straciłam ostrość widzenia. Czułam, że ciało odmawia mi
posłuszeństwa.
-
Podaliśmy jej silny lek uspokajający. Samobójcy często tak reagują po
przebudzeniu. – Usłyszałam jeszcze, dość wyraźnie, głos jakiegoś mężczyzny. Sam
sobie podaj lek uspokajający, dziadzie jeden!
- Sarah nie
chciała… - Błoga ciemność wypełniła mnie z każdej strony.
Kiedy
świadomość zaczęła do mnie wracać, nadal czułam, że nie mogę się poruszyć.
Wszystkie części ciała miałam niesamowicie ciężkie, jakby ważyły tonę, albo
zanurzone były w cemencie. Między bogiem a prawdą miałam to gdzieś. Doskonale
zdawałam sobie sprawę, że jeżeli ten stan się przedłuży, to jest duże
prawdopodobieństwo, że zdechnę z głodu. Nie o takiej śmierci marzyłam, ale
lepsza taka niż żadna.
Czułam,
że ktoś siedzi obok mnie, nawet domyślałam się, kto, ale nie chciałam otwierać
oczu. Nie chciałam widzieć ani jej, ani tego świata. W jednej chwili myśl o
śmierci głodowej odeszła w zapomnienie, gdy znów usłyszałam to przeklęte
pikanie. O nie, w szpitalu nie dadzą mi umrzeć w spokoju. Będą mnie na siłę
podtrzymywać przy życiu, jakby moje zdanie nie miało żadnego znaczenia. A to
jest moje życie i jak chcę mogę je sobie odebrać!
Czułam
jej dłoń na swojej głowie. Głaskała mnie delikatnie, jakby chciała mi
przekazać, że jej na mnie zależy. Uważaj, bo uwierzę. Miałam ochotę zrzucić z
siebie jej dłoń. Miałam wrażenie, że wypala mi skórę na głowie. Nienawidzę cię
suko, więc spadaj stąd i zostaw mnie bym mogła spokojnie zdechnąć.
Leżałam,
więc tak udając, że śpię. Nudziłam się jak mops, ale nie chciałam jej słuchać i
na nią patrzeć. Co chwilę ktoś wchodził i wychodził, słyszałam jak otwierają i
zamykają się drzwi, ale bałam się otworzyć oczy. Wiedziałam, że musiałabym
wysłuchiwać jej wtedy, a nie miałam na to ochoty. Nie chciałam słuchać
pretensji, ani jej wymówek. To ona była wszystkiemu winna. Tylko ona.
-
Powinna pani pójść do domu, przespać się, odświeżyć.
- Wiem,
wiem. – Usłyszałam jej cichy głos. Wydawała mi się jakaś taka… zmizerniała. Nie
żeby było mi jej żal, co to, to nie. Jej mnie nie było.
Nie
minęła chwila jak jej dłoń zniknęła z mojej głowy. Ucałowała mnie w czoło i
wyszła. Hurra! Oczy otworzyłam, gdy tylko usłyszałam trzask zamykania drzwi.
Niewątpliwie znajdowałam się w innej sali. Ściany wydawały mi się jeszcze
bardziej przytłaczająco białe, naprzeciwko nie dojrzałam żadnego okna. W ogóle
pomieszczenie oświetlane było sztucznie a oprócz jednego urządzenia, do którego
podłączona byłam cienką rurką, oraz krzesła stojącego obok łóżka, nie znajdowało
się w tu nic innego. Tak zimno… Sterylnie… Depresyjnie.
Marzyłam
o tym by zmienić pozycję, byłam pewna, że od leżenia na plecach mam już
odleżyny. Zmusiłam ciało do tego by się poruszyło jednak poczułam się…
skrępowana? ŻE CO?! Chciałam się podnieść do siadu, jednak było mi to
uniemożliwione. Zaczęłam się kręcić. Musiałam wiedzieć, co się dzieje. Starałam
się jakoś wykręcić głowę, ułożyć się tak, bym mogła zobaczyć, czemu nie mogę się
poruszyć. Tylko przez ułamek sekundy przeszło mi przez myśl, że to jakieś
skutki mojego „samobójstwa”, albo znów podali mi jakieś cholerne leki. To był
naprawdę ułamek sekund, bo potem zobaczyłam je. Grube, brązowe pasy zapięte na
duże, metalowe klamry. Chyba komuś się coś w głowie poprzewracało, żeby mnie
tak unieruchomić? Z jakiej racji… Dobra, dostałam małej, maleńkiej histerii,
ale sam lekarz stwierdził, że to u niedoszłych samobójców całkowicie normalnie.
Byłam tak wstrząśnięta swoim odkryciem, że nie zauważyłam, jak ktoś wszedł do
pomieszczenia Poczułam na sobie czyjeś spojrzenie i dopiero wtedy podniosłam
wzrok i skierowałam go w stronę drzwi. Stał tam mężczyzna na oko miał 30 lat.
Całkiem przystojny, ciemne włosy obcięte po męsku, wszystko jednak psuł
olbrzymi brzuch, na którym opinał się biały fartuch. Widać było, że w życiu
wypił nie jedno piwo.
- Dzień
dobry, Saro – głos miał niski i przyjemny dla ucha, jednak ja wiedziałam, że go
nie polubię. Miał dziwny, przeszywający wzrok. Taki jakby chciał wyciągnąć ze
mnie wszystkie moje tajemnice, a ja nie ufałam mu ani trochę. – Nazywam się
Martin Wolf i jestem psychiatrą. – Że co? Wiem, że chciałam się zabić, ale
miałam swój powód, nie jestem szurnięta, nie rzuciłam się na nikogo z siekierą;
ludzie nie przesadzacie troszeczkę? – Twoja… Em…- Spojrzał na mnie nie wiedząc
jak ją nazwać. Nie dziwię mu się, sama nie wiedziałam, kim ona jest. Słowo „mama”
nie przejdzie mi przez gardło, więc mówiłam na nią „ona”. – Pani Martha
zgodziła się na twój pobyt w naszym ośrodku…
- Że co?
– Nie wierzę! Przeklęta suka! Mało jej, że zniszczyła mi życie to jeszcze
zamknęła mnie w czubkolandzie! Serce zaczęło mi bić tak szybko, że myślałam, że
wyskoczy mi zaraz z klatki piersiowej. – Ta suka nie miała prawa! –
Wrzeszczałam niemal jak opętana. Patrząc na to z perspektywy czasu, gdybym
stała z boku i przyglądała się sobie w tym momencie, nie uwierzyłabym w to, że
jestem normalna. – Jestem pełnoletnia!
-Tak,
ale z racji tego, że chciałaś się zabić. Sąd i twoja matka stwierdzili, że
najlepsze dla ciebie będzie umieszczenie cię w zakładzie zamkniętym. – Odparł zupełnie
spokojnie jakby nic wielkiego się nie stało. A stało się, zostałam
ubezwłasnowolniona. I to jeszcze przez kogo?! Przez tą przeklętą sukę! Boże
jakbym ją dorwała w tym momencie to… Brakuje mi pomysłów na to, w jaki sposób
pozbawiłabym ją życia. Każda śmierć byłaby za mało bolesna.
- Zabiję
ją! Jak tylko ją zobaczę wydłubię jej oczy! Nie miała prawa!
- Miała
prawo. Jako twoja mat…
- Nie ma
prawa się tak nazywać! – Wrzasnęłam. Teraz dopiero zaczęły mnie wkurzać te
pasy. Chciałam wstać i wyjść a po drodze coś zdemolować.
- Saro uspokój
się, bo inaczej będę zmuszony podać ci leki.
-„Uspokój
się.” Łatwo panu powiedzieć, bo to nie pana zamknięto tu siłą. Pan przychodzi
tu z własnej woli i jeszcze panu za to płacą. A ja? Nie chce tu być. Ani w tym
zakładzie, ani w ogóle żyć. Pan nie wie, co ja czuje. Pan widzi tylko kolejnego
samobójcę, cyferkę w danych statystycznych, kolejny przypadek do zdiagnozowania.
– Widziałam jego litościwy wzrok. Miałam
ochotę napluć mu prosto w twarz, ale stał za daleko.
- Saro…
Każdy pacjent naszego ośrodka ma przydzielonego osobistego lekarza. Zapewne domyślasz
się, że ja jestem twoim. Dodatkowo ludzie z depresją – prychnęłam w tym
momencie tak głośno, że jestem niemal pewna, że słyszano mnie na korytarzu –
dwa razy w tygodniu spotykają się na tak zwanej grupie wsparcia. – Śmiech,
który mnie ogarnął sprawił, że łzy popłynęły mi po policzkach. Niemal widziałam
tych czubków siedzących w kręgu, kiwających się jak dzieci z chorobą sierocą. I
oni mają mi pomóc? – Spotkamy się za kilka dni, gdy już przyzwyczaisz się do
nowej sytuacji. Wkrótce zostaniesz
przeniesiona do swojej sali i będziesz mogła swobodnie poruszać się po ośrodku.
Do zobaczenia.
Przyzwyczajenie
się do nowej, zamkniętej rzeczywistości zajęło mi kilka dni. Ten czas spędziłam
w zamkniętym pokoju, bez klamek. Nie wolno mi było przez pierwsze dwie doby
wychodzić, jedzenie było mi podawane przez otwór w drzwiach. Z nudów zaczęłam
już gadać sama do siebie, śpiewać, śmiać się i za chwilę płakać, drapać się niemal
do krwi, wtedy do pokoju weszli sanitariusze i podali mi leki na uspokojenie,
oraz kiwać się jak przysłowiowy Żyd. W psychiatrykach człowiek nie zdrowiał to
tu dostawał fisia. Przysięgam, że jeszcze godzinę spędzałabym sama w tym
przeklętym pokoju a zaczęłabym krzyczeć i błagać.
Pierwszą,
krótką wycieczkę odbyłam na stołówkę. Była ona pusta, ale chociaż popatrzyłam
na inne ściany. Te w moim „pokoju” były miękkie i białe, a stołówka pomalowana
była na zielono. Oczywiście wszystko tutaj musiało przypominać szpital. Jak
ludzie mogą tutaj dochodzić do zdrowia, jak wszystko przytłacza zimnem,
samotnością a dookoła niemal czuć śmierć? Nie rozumiałam tego. Moje spojrzenie
na zakład zmieniło się odrobinę, gdy zaprowadzono mnie na świetlice. Harmider
panujący w tym pomieszczeniu był miłą odmianą po kilku dniach nieznośniej
ciszy. Część ludzi siedziała i oglądała telewizję, kilka osób grało w gry
planszowe, ktoś malował. Młodsi i zdrowsi bawili się w berka i przeszkadzali
starszym w ich zajęciach. Sporo osób rozmawiało pół głosem. Jeden chłopak śmiał
się histerycznie, a kobieta w średnim wieku kręciła się jak małe dziecko na
obrotowym krześle. Czubki. Czubki wszędzie. Usiadłam w kącie, nie chcąc rzucać się
w oczy. Ja i ci ludzie nie mieliśmy ze sobą nic wspólnego. Oni mieli swoje
planety, a ja byłam tylko niedoszłą samobójczynią. Zastanawiam się ilu z tych
ludzi było tak naprawdę, rzeczywiście niebezpiecznych dla innych. Nie ukrywam,
że bałam się przebywać w ich otoczeniu.
Siedziałam
sobie spokojnie, przyglądając się wszystkim w około a przy mnie zaczęła się
kręcić dziewczyna. Nie była ode mnie dużo młodsza, może z rok, dwa. Skakała,
tańczyła i uśmiechała się. Była czarnoskóra, przez co jej śnieżnobiały strój
rzucał się w oczy jeszcze bardziej. Włosy związane miała w dwa kucyki i
wyglądała ja duże dziecko. I tak też się zachowywała. Przystanęła, przechyliła
głowę w jedną stronę i zaczęła mi się uważnie przyglądać. Zamrugała
kilkakrotnie jakby coś wpadło jej do oka, poczym podbiegła do mnie i uściskała
mnie serdecznie. Następnie pobiegła do półki z grami, schwyciła za którąś i nim
się obejrzałam była obok mnie.
- Jestem
Gabi. Ga-bi. Zagraj ze mną. – Głos miała słodki, dziewczęcy, dziecięcy wręcz.
Spojrzałam na nią chcąc kazać jej spadać i wtedy dojrzałam jego… Siedział sam,
w najdalszym kącie i na nikogo nie zwracał uwagi. Wpatrywał się w swoje ręce,
które splecione trzymał na stoliku. Wydawał się tak odległy a jednak tak
bliski memu sercu. Miałam przeczucie, że tylko on mnie zrozumie i że tylko
razem możemy podnieść się z tych czeluści. Gabi chyba zauważyła, że się w niego
wpatruje i nie zwracam na nią uwagi. Odwróciła się by sprawdzić, komu się przyglądam
poczym podeszła do mnie i wyszeptała na ucho:
-Niezłe
ciacho, nie? Połowa zakładu wzdycha na jego widok. Ma na imię Bill i jest tu od
trzech miesięcy, ale do nikogo jeszcze się nie odezwał, choć chyba każdy próbował,
ciągle tylko wpatruje się w swoje ręce. – Gdy wymawiała ostatnie słowo on podniósł
głowę i spojrzał w moją stronę. Patrzyłam w jego piękne czekoladowe oczy, w
których było tyle bólu, że miałam wrażenie, że sama w nim tonę.
Świetny odcinek, pełen emocji. Nie sądziłam, że główni bohaterowie będą w zakładzie psychiatrycznym i prawdopodobnie tam będzie się teraz rozgrywała cała akcja, a przynajmniej te najbliższe istotne wydarzenia. Podoba mi się, mam nadzieję, że dalej również tak będzie :D Jestem ciekawa historii zarówno Sary, jak i Billa. Domyślam się, że to właśnie przed nią się otworzy. Może właśnie nieświadomie, gdy spojrzeli w swoje oczy, odnaleźli swoją motywację do życia tylko jeszcze o tym nie wiedzą?
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
Strasznie podoba mi się ten pomysł na opowiadanie. Tajemniczy Bill? Takiego go lubię - niedostępnego, zamkniętego w sobie. I główna bohaterka ze swoimi problemami, która przeszła dużo. Wydaje mi się, że Sara będzie idealną towarzyszką dla Billa, wśród innych niezrównoważonych ludzi. Mam nadzieję, że z czasem pomogą sobie nawzajem, bo chyba tego właśnie im trzeba.
OdpowiedzUsuńMyślę, że jeszcze tu zajrzę :).
Pozdrawiam!
Super, że jesteś dumna z tego, co napisałaś. To się czuje podczas czytania. :) Hm, zakłady psychiatryczne to niestety nie moje klimaty, ale to nie oznacza, że nie staram się do nich przekonać. Z początku myślałam, że wybrałaś sobie ciężki kawałek chleba, ale okazało się, że całkiem nieźle idzie Ci pisanie na ten temat. Już wiem, co robi tam Sara, ale bardziej (to chyba nic dziwnego) ciekawi mnie, co robi tam Bill i czemu wpatruje się w swoje ręce. Coś nimi przeskrobał? Z chęcią też dowiem się czegoś więcej na temat relacji S. z matką... bo coś nieciekawie to wszystko wyglądało. :) W takim razie nie pozostaje mi nic innego aniżeli uzbroić się w cierpliwość i poczekać na kolejną część. Także życzę wielu pomysłów i duuużo weny. Pozdrawiam! Ach, i dziękuję za komentarz u mnie. :)
OdpowiedzUsuńTwoje opowiadanie przypomina mi po trochu ''Szklany klosz'', po trochu jedno z dawnych opowiadań mojej przyjaciółki ''Hinter dem Horizont''... Osobiście bardzo podoba mi się, że ktoś znów osadził głównych bohaterów w realiach szpitala psychiatrycznego. Nie do końca natomiast podoba mi się sposób, w jaki wprowadziłaś postać Billa... opisałabym go trochę dokładniej z wyglądu i nie zdradzała na dzień dobry, kim jest... no ale, to tylko ja ;)) Inna rzecz, że masz drobne problemy z interpunkcją, bo zdarza Ci się nie rozdzielać zdań złożonych... Ale to tak tylko na marginesie. Ogółem bardzo mi się podoba i mogę śmiało powiedzieć, że to chyba jedno z lepszych opowiadań, jakie w ostatnim czasie dane mi było czytać w tematyce FFTH :))
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i życzę weny :)
Kath
(www.rose-im-wind.mylog.pl)